ufff, troche wbrew temu zdjeciu wreszcie w miescie. ale tylko na kilka godzin. ten odcinek w zasadzie nie jest chyba ciekawy, bo jak wiadomo na plazy niewiele sie dzieje. wiec w zasadzie tylko dla szczegolnie zainteresowanych streszczenie ostatniego tygodnia. a moze to juz dluzej nawet? w kazdym razie z kronikarska precyzja...
zaczelo sie od klopotu z wyjazdem z bangkoku (ale to dawno bylo!) - bo poniewaz wydawali wizy pozniej niz myslalem, musialem oddac bilet na popoludniowo-nocny pociag. a poniewaz przy okazji byl piatek, to w miedzyczasie wykupiono juz wszystkie bilety sypialne na inne wieczorno-nocne pociagi jadace na dalekie poludnie. jeszcze jedna noc w bangkoku zupelnie mi sie nie usmiechala, wiec umyslilem, zeby kupic wlasciwy bilet dopiero na nastepny dzien a poki co podjechac tylko troche 3. klasa, np. 4 godziny do hua hin - to pierwsza powazna plazowa miejscowosc w dol polwyspu.
troche sie balem, czy o 23.00 znajde jakis nocleg, ale juz widok ozywienia na miejscowym dworcu napawal optymizmem. i rzeczywiscie, cos niezbyt czystego sie znalazlo, ale za skromne 200 bahtow (5 usd) nie mozna wiele wymagac. w ogole samotny podrozny ma troche gorzej, bo z reguly bynajmniej nie placi polowy stawki za pokoj. a za bungalow moze byc jeszcze gorzej. mowia "two person 350 baht, one person - same, same". ale to szczegol. w kazdym razie sprytny plan wypalil, tzn. rano sie wyczekowalem, zostawilem plecak na recepcji i poszedlem na plaze.

plaza jak widac raczej industrialna. hua hin z racji bliskosci stolicy i kolei ma odpowiednia porcje pieciogwiazdkowych hoteli i zorganizowanych w grupy turystow. takie troche miedzyzdroje albo kolobrzeg (w sumie ani tu, ani tu nie bylem, ale tak mi sie kojarzy). ale po tygodniu w bkk i tak mi sie podobalo, za dolara dostalem parasol z lezaczkiem, owoce tez roznosili, do tego ksiazka i czego mozna chciec wiecej. kapiel byla dziwna - fale zdzierajace gatki i jakis bardzo silny boczny prad. plywac sie nie dalo w zaden sposob, ale w sumie zabawa z falami przednia.
potem jeszcze kolacja na nocnym markecie i o 21.00 pociag do hat yai. na sypialne to tu naprawde nie mozna narzekac...
rano bylem juz hen pod malezyjska granica, 1000 km od bangkoku. jeszcze 2 godziny busem i przed poludniem wsiadalem na prom na ko tarutao (200 bahtow). "ko" to po prostu "wyspa". tarutao jest spora i bezludna, tzn. wlasciwie jest tylko visitor center, gdzie sa bungalowy, rezerwacje noclegow, restauracja i pobieranie 200 bahtow za wstep do parku narodowego. na promie poznalem dwoch... czechow. podobnie jak ja wybierali sie do ranger station, gdzie straznik w "lesniczowce" pilnuje nie wiadomo dokladnie czego, jego zona gotuje obiady a osoby spragnione samotnosci moga jej zazywac do woli.
czesi nie okazali sie jednak specjalnie mili, bo przy rezerwacji noclegu sprzatneli mi sprzed nosa domek za 250, dla mnie zostawiajac bez mrugniecia okiem drugi, drozszy, za 350. to bylo naprawde irytujace, na szczescie wlasnie ktos oddawal namiot, do wypozyczenia za 150. to byla jakas opcja... zapakowalismy sie na ciezarowke i zostalismy dowiezieni (kolejne frustrujace 70 bahtow; jak sie czlowiek troche rusza, to kasa plynie tu moze i waskim, ale na pewno wartkim strumykiem) na totalne zadupie.
ale w sumie trudno bylo narzekac. jak juz rozpialem moj hamaczek i sie w nim umoscilem, wiedzialem, ze nie jest zle.
wlasciwie jedyna wada tego miejsca to byl brak rafy koralowej. poza tym super. cicho, pusto, przy brzegu nawet prysznic zamontowali (innego zreszta nie bylo), wiec mozna sie bylo oplukac po kapieli. czesi sie zwineli nastepnego dnia. bylo ok. tylko pierwsza noc mi strasznie w kosc dala, bo nie mialem za bardzo czym sobie podscielic. a jak wiadomo, jak sobie ch... podscielisz to i tak sie wyspisz. na szczescie drugiego dnia wyzebralem u zony rangera jakas koldre i bylo juz lepiej. w ogole w namiocie w nocy zaskakujaco chlodno, tzn. przyjemnie, zadne wiatraki ani klimy nie sa potrzebne. nie myslalem, ze w tajlandii to moze byc sensowna opcja. zywilem sie glownie kalamarnica (z racji konsystencji tzw. gumki) smazona z ryzem z chilli i bazylia. chyba to moje ulubione danie tutaj.
trzeciego dnia zrobilem sobie wycieczke do wodospadu - kilka kilometrow po kamykach, glazach i kamieniach w gore potoku.
na koncu ledwo co cieklo, ale mozna sie bylo wykapac (oczywiscie na golasa) w krystalicznym, zimnym skalnym basenie z rybkami. super sprawa.
cala wyspa jest gorzysta i pokryta lasem. w sumie to sie chyba tu juz dzungla nazywa, z tym wszystkimi lianami i jaszczurkami... po 3 dniach uznalem jednak, ze izolacja zaczyna mi doskwierac, wiec rano 4. dnia spakowalem zabawki i poszedlem 8 km do przystani. i przyznam, ze choc droga byla w sporej czesci porzadna, to kilka naprawde stromych gorek niezle mi w tym upale dalo w kosc.
z ko tarutao prom na ko lipe (350 bahtow) plynie jakies 2,5 godziny. lipe jest malutka - ma tak z kilkaset metrow szerokosci i pare km dlugosci. widoki z brzegu sa mniej wiecej wszedzie podobne.
po jednej stronie jest wielka piaszczysta zatoka i chyba z 10 resortow z bungalowami, a po drugiej stronie wioska i tez troche bungalowow.
poniewaz wokol wyspy jest plycizna, to ludzi na brzeg dostarczaja long tail boats, czyli charakterystyczne miejscowe lodzie, kiedys rybackie, a dzis glownie do wozenia farangow.
cala wyspe otacza rafa koralowa. po prostu wchodzi sie do wody, zaklada maske i juz. mozna plywac doslownie godzinami, woda BARDZO ciepla. jest naprawde niezle. szczegolnie w takim miejscu, gdzie sie konczy szelf i nagle pod toba otwiera sie otchlan - dno schodzi gdzies, gdzie nie siega swiatlo, ale w promieniach slonca widac tam sylwetki setek ryb. a jak sie zaplaci 350 bahtow, to mozna poplynac long tail boat na calodzienna wycieczke. i to juz jest po prostu rewelacja. prawdziwe podwodne ogrody, bez przesady. bardzo zalowalem, ze nie mam zadnego kondomika na aparat, zeby robic zdjecia pod woda. no bo co tu opisywac, to trzeba po prostu zobaczyc. w kazdym razie w dziedzinie rafy zostalem na jakies czas zaspokojny. mmmmmm...
a na wycieczce bylem w zabawnym towarzystwie. oprocz widocznego na zdjeciu pana sternika byl
japonczyk z osaki swiezo po studiach medycznych i niemiecki kurier rowerowy, ktory oczywiscie na rowerze (!!!) jezdzi sam po tajlandii. bardzo wyluzowany. pojechal na ten snorkel trip tylko po to, zeby wysiasc na jakiejs dzikiej plazy i pobyc tam samemu 2 dni. mial hamak, wode i troche jedzenia. fajny koles. a z japonczykiem umowilem sie na kolacje, w ramach poznawania innych kultur. szczegolnych rewelacji mi w sumie nie sprzedal, troche za slabo mowil po angielsku i chyba byl odrobine za mlody. ale nastepnego dnia z plazowego antykwariatu wypozyczylem.. przewodnik po japonii i spedzilem dzien w hamaku, zglebiajac rozdzialy o jedzeniu, kulturze, historii, etc. doszedlem do malo odkrywczego wniosku, ze w japonii jest chyba bardzo fajnie. antykwariat i biuro podrozy (rowniez nasz snorkel trip) prowadzi bardzo fajna miejscowa laska o imieniu boy. ale to naprawde laska.
moje pierwsze wrazenie z ko lipe bylo umiarkowane. przyjechalem z mocnym nastawieniem, ze ko tao bylo super i nie ma co sie oszukiwac, ze gdzies bedzie lepiej. ale potem okazalo sie, ze w sumie to nie mam ochoty z lipe wyjechac. z dnia na dzien odkladalem kupno biletu na prom. to miejsce ma szczegolny, powiedzialbym rustykalny urok. z jednego brzegu wyspy na drugi prowadza rozne sciezki przez dzungle, idzie sie tak z 10 minut. nie ma samochodow, tylko pare skuterow. miejscowi mieszkaja w czyms, co bardziej niz normalna wioske przypomina pewnie slumsy soweto, ale co kurcze tez ma swoj urok. duzo takich zabawnych, nieporadnych tabliczek reklamujacych rozne bary albo uslugi.

na plazy przy moim resorcie faceci budowali jedna z tych wielkich lodzi. i jeszcze zachody slonca sa super. i rybki z grilla 2x tansze niz na ko tao i 3x tansze niz na ko samet. naprawde dobra kolacja na plazy z wielki grillowanym stekiem z marlina (kawal ryby) i piwkiem kosztowala 4 dolce. wlasciwie to chcialem czasem zjesc cos innego, ale jak widzialem te grille ze swieczkami na plazy, to sie co wieczor poddawalem. no i spanie znalazlem tanio - 150 za bungalow z wlasnym kibelkiem. byc moze na cene wplynal fakt, ze tego resortu jakos nie bylo w lonely planet, he, he. jedna rzecz mnie troche dobijala - komary. mialem moskitiere nad lozkiem, ale glupie mycie zebow konczylo sie paroma ugryzieniami. mam wrazenie, ze dranstwo operowalo glownie w rejonie mojego domku. na szczescie jak sie juz z tego domku wyszlo, to humor sie raczej poprawial.

